"Syrena" był to kryptonim specjalnej komórki Oddziału V KG ZWZ-AK, zajmującej się sprawami odbioru zrzutów lotniczych. Kryptonim "Syreny" zmieniał się w zależności od okresu zrzutów.
I tak w okresie zrzutów próbnych była to "Syrena", w "Intonacji" oraz "Ripoście" kryptonimem był "Import". W okresie od czerwca do lipca 1944 r. komórkę specjalną nazywano "Mll-Grad". Po Powstaniu Warszawskim, na powrót stała się "Syreną".
Jednak, jaka była pełna nazwa specjalnej komórki Oddziału V KG ZWZ-AK dziś trudno określić. Meldunek zbiorczy nr 101 z 17. stycznia 1942 r. określa ją jako "odbiorczą komórkę transportu lotniczego »Syrena«". Następnie w meldunkach pojawia się jako "Komórka Zrzutowa" lub "Komórka Przerzutów Powietrznych". Można, więc uznać ją,
jak to określiła KG AK w Meldunku nr 190 z 1.III.1943, "Komórkę Zrzutów".
Nie jest również pewne, kiedy dokładnie powstała "Syrena". Pewne jest natomiast, że funkcjonowała już jesienią 1941 r., ale jej początki mogą sięgać lutego lub marca poprzedniego roku, kiedy to gen. Stefan Rowecki powierzył ppłk. dypl. Bernardowi Adameckiemu utworzenie "Szefostwa Lotnictwa" w Oddziale V KG ZWZ-AK. "Szefostwo Lotnictwa" natychmiast zajęło się opracowaniem zagadnień dotyczących odbiorem zrzutów i przyjęciem samolotów. W 1940 wybrano pierwsze placówki
odbiorcze, a od jesieni zaczęto prowadzić intensywna korespondencję z Oddziałem VI Sztabu NW. Pod koniec 1940 r. do Warszawy dotarł ppłk. Iranek-Osmecki ps. "Antoni", przywożąc ze sobą bardzo ważny dokument, a mianowicie Załącznik nr 2 do Instrukcji nr 6 pt.: "Łączność z Wami przez skoczków spadochronowych". Załącznik zawierał, krótki instruktaż o sposobie określania położenia miejsca zrzutu i zawiadamiania o mającej nastąpić operacji przerzutowej oraz ustala elementu łączności samolot-placówka i placówka-skoczek.
Pierwszy zrzut nastąpił z 15 na 16 lutego 1941 r. i była to również data pierwszej straty "Syreny". Na placówce pod Włoszczową, przez wyczekiwanie w długie mroźne noce przeziębił się i zmarł na zapalenie płuc kpt. Balcerzak lub Balcerek ps. "Ptak"
Zrzuceni skoczkowie "Żbik" (rtm. Zabielski) oraz "Kostka" (mjr Krzymowski), którzy w Londynie przeszli instruktaż w zakresie odbiory zrzutów, zostali włączeni do prac "Szefostwa Lotnictwa". Również zrzut w nocy 7/8.XI 1941 jest bardzo ważny dla "Syreny". Por. Piwnik ps. "Ponury" został do niej przydzielony, natomiast kpt. Bidziński ps. "Karol Ziege" przywiózł Instrukcję nr 8, zawierającą obszerne omówienie zagadnień zrzutowych. Najcenniejsze były jednak załączniki, zawierające informacje, np. wykaz kryptonimów dla depesz dotyczących operacji zrzutowych, instrukcje funkcjonowania placówki odbiorczej zrzutu, plan czuwania, z na przemian dyżurujących grup placówek odbiorczych.
Pół roku później "Syrena" opracowała własne instrukcje i według nich szkoliła swoich pracowników, a także personel placówek odbiorczych. Były to: "Instrukcja służby na placówce" oraz "Ewakuacja personelu i materiału".
Powoli wszystko normowało się i tylko co pewien czas następowała wymiana depesz ze spostrzeżeniami i propozycjami, które miały na celu doskonalenie systemu. Był on modernizowany niemal do końca akcji przerzutowych. Nabyte doświadczenia w okresie próbnym pozwoliły na wypracowanie pewnych skrupulatnie przestrzeganych reguł. Udoskonalenia mogły dotyczyć jedynie szczegółów organizacyjno-technicznych, nie naruszając ogólnych zasad.
Przyjęło się, że:
- przylot samoloty sygnalizowany był w dniu operacji ustalonymi melodiami nadawanymi w audycjach polskich BBC, a później tzw. "kaczkami"
-zrzut wykonywany był na zorganizowaną placówkę odbiorczą, dyżurującą zgodnie z planem czuwania
- sposób wykonania zrzutu i jego odbioru był uregulowany instrukcjami, a więc taki sam dla wszystkich samolotów oraz placówek
-każdy skoczek był stopniowo wdrażany do życia w warunkach okupacyjnych przechodząc tzw. aklimatyzację, trwającą od swóch do sześciu tygodni
"Komórka Zrzutów" przechodziła znaczne zmiany organizacyjne w zależności od operacji zrzutowych.
Po zakończeniu pierwszego sezonu operacyjnego wiosną 1942 r. "Komórka Zrzutów" uzyskała prawa wydziału, pozostając ciągle w Oddziale V KG AK.
Po upadku Powstania Warszawskiego z "Komórki Zrzutów" pozostały szczątki. Część jej pracowników zginęła, część poszła do niewoli. Uratowało się zaledwie kilka osób, wychodząc z miasta wraz z ludnością cywilną. Po przylocie do kraju w październiku 1944 r. płk. pil. Romana Rudkowskiego, ps. "Rudy", który objął kierownictwo samodzielnego Wydziału Lotnictwa KG AK, "Komórka Zrzutów" została mu podporządkowana jako referat przerzutów powietrznych pod kryptonimem "Syrena".
Struktura "Syreny" wynikała z jej zadań, a czynności, jakie wykonywali pracownicy były dokładnie określone.
Pierwszą czynnością, przed mającym się rozpocząć sezonem operacyjnym, był wyjazd w teren przeszkolonego uprzednio pracownika "Syreny", nazywanego "Delegatem KG". Delegat z pomocą ludzi z terenowej siatki, wyznaczał przede wszystkim pole zrzutowe. W tym samym czasie ustalano punkty kontaktowe
dla skoczków, gdyby zrzut odbył się poza placówką. Rejestrowane były terenowe punkty obserwacji lotniczej, tzw. obsmeldungi, rozsiane po całym terenie Generalnego Gubernatorstwa, placówki, żandarmerii, artylerię przeciwlotniczą. Rejestrowano wszystkie zagrożenia.
Po wybraniu miejsca odbioru zrzutu przez delegata KG dowódca placówki przystępował do kompletowania załogi i wyznaczał żołnierzy mających pełnić poszczególne zadania. Przydzielani byli do grupy odbiorczej, ekipy ewakuacyjnej oraz do ubezpieczenia. Po dodatkowym zaprzysiężeniu żołnierzy, poinstruowaniu i starannym przećwiczeniu wszystkich czynności placówka była gotowa i z dużą niecierpliwością oczekiwała ponownego przyjazdu Delegata KG, co było zapowiedzią wejścia w okres czuwania i jeżeli szczęście dopisało wielkiego przeżycia, jakim był odbiór zrzutu.
Ten sam delegat przyjeżdżał potem na okres czuwania placówki i uczestniczył w odbiorze zrzutu. Razem z dowódcą placówki odbierał od skoczków pocztę dla KG , wykazy zawartości zrzutu, pasy lub gwoździe z pieniędzmi oraz broń osobistą. Następnie sprawdzano jakość posiadanych przez skoczków dokumentów, jeśli wszystko było w porządku najbliższą okazją wyprawiano ich do Warszawy. Delegat bezzwłocznie wyjeżdżał, spiesząc, by jak najrychlej złożyć sprawozdanie w "Syrenie", która nadawała pokwitowanie do Londynu.
Z niecierpliwością oczekiwanemu odbiorowi towarzyszyły zawsze wielkie emocje i czasem zapominano o wszelkich pouczeniach. Zmorą lotników było rozbieganie się żołnierzy placówki rozgorączkowanych widokiem opadających spadochronów i biegnących na wyścigi do wyrzuconych w pierwszym nalocie zasobników. W takim wypadku powstawał bałagan ze światłami na zrzutowisku i pojawiał się problem z wykonaniem kolejnych zrzutów, zwłaszcza wtedy, gdy na wykonanie zrzutów czekało w kolejce kilka samolotów. Czasem zapominano o podniesieniu latarek na samolot, a jeżeli latarki miały przy tym lejkowate osłony, chroniące światło od bocznej obserwacji, wówczas samolot tracił je z zasięgu wzroku i musiał wznieść się na wyższy poziom.
Do czasu zakończenia prowadzonej przez KG AK akcji scaleniowej różnych wojskowych ugrupowań konspiracyjnych, placówki odbiorcze w znacznej mierze opierały się właśnie na nich. Były one dobrze usadowione w terenie i dysponowały miejscowymi ludźmi, a tylko tacy wchodzili w grę przy obsadzie miejscowych placówek. Oficerowie łącznikowi tych organizacji praktycznie weszli w skład "Syreny", współpracując z nią, na co dzień lub w okresach intensywnych przygotowań, czy to w operacjach zrzutowych. Stopniowo w miarę postępów w akcji scaleniowej, wszystkie placówki zostały włączone do sieci terenowej AK. W 1944. w niektórych okręgach zrzuty odbierane były przez oddziały partyzanckie.
Ewidencja Wydziału S Oddziału VI obejmuje 642 placówki, niektóre z nich spaliły się, nim mogły przystąpić do czuwania. Część z nich to te same placówki o zmienionym kryptonimie. Można szacować, że w lecie 1943 r. było ich ok. 550. Liczba żołnierzy odbioru zrzutów zamyka się w liczbie 5000-10 000 osób. Wiele placówek nigdy nie odebrało zrzutu, a ich żołnierze nadaremnie wychodzili w pole.
W czasie, gdy w terenie formowały się placówki, w Warszawie przygotowywano punkty kontaktowe oraz lokale, tzw. gorące, w których mieli zamieszkiwać w czasie aklimatyzacji pod opieką ludzi, wdrażających ich stopniowo w warunki trudnego, okupacyjnego życia.
W sztabie "Syreny" tymczasem formowano plan czuwania. Scalano w całość to wszystko, co do tej pory zebrano. Ustalano sygnały porozumiewawcze pomiędzy samolotem, a placówką, melodie sygnałowe i hasła dla skoczków. Położenie placówek nanoszono na mapy w skali 1:300 000. Na początku placówki otrzymywały kryptonimy przypadkowo, przygotowując się do Riposty ustalono, odpowiednie kategorie dla poszczególnych okręgów, np. w okręgu Lwowskim, ustalono, że będą to nazwy związane z uzbrojeniem, jak np.: Rakieta, Myśliwiec. Taki system ułatwiał odczytywanie źle zaszyfrowanych depesz. Późniejszym udogodnieniem były nazwy z jednej kategorii zaczynające się na tę samą literę. Oprócz tego ustalono zapasowe rejony zrzutów, na które w przypadku nieodnalezienia placówki przez samolot mógł on tam zrzucić samych skoczków bez zasobników, gdyż nie było tam osób z odbioru zrzutów.
W początkowym okresie uzgadniano między Londynem, a Warszawą położenie każdej placówki z osobna wraz ze związanymi z nią wszystkimi elementami pomocniczymi. Jednak już wkrótce ze względów bezpieczeństwa oraz zdrowotnych zaczęto tworzyć plany czuwania najpierw dla pojedynczych placówek później dla całych grup.
System czuwania grupowego zaczęto wprowadzać w "Intonacji" od jesieni 1942 r., liczono się z przyjęciem od 8 do 12 zrzutów miesięcznie. Parę placówek stanowiło grupę A, czuwającą przez 3-4 noce, po czym zastępowała ją grupa B. Początkowo czuwano w noce księżycowe, później również w bezksiężycowe. Na okres czuwania każdego "tercetu" wyznaczano inne melodie sygnałowe, hasła dla skoczków i litery rozpoznawcze samolotów. Placówka, która odebrała zrzut odpadała z planu do końca "tercetu", ponieważ jej członkom mogła towarzyszyć obserwacja nieprzyjaciela. Po pewnym czasie pojawiły się placówki stałego czuwania, zdolne przyjąć zrzut na elementach obu grup.
Grupy czuwających placówek w "tercecie" były kompletowane w zależności od tak zwanej stelli, czyli aktualnej strefy zasięgu samolotu. Przed sezonem operacyjnym Wydział Specjalny Oddziału VI Sztabu NW ustalał kolejne "stelle" ("Stella 1", "Stella 2" ...), które pokrywały stopniowo coraz większy obszar Polski. "Stella" wrześniowa dla Halifaxa była znacznie krótsza, niż "stella" grudniowa Liberatora. Oczywiście inne "stelle" ustalano dla samolotów startujących z Tempsford, a inne dla samolotów startujących z Brindisi. Przekazywane "Syrenie" drogą radiową "stelle" były fundamentalną sprawą przy układaniu planów czuwania.
Z powodu zwiększenia liczby wysyłanych samolotów oraz utworzenia w 138. dywizjonie polskiej eskadry C i zaplanowaniem dodatkowego włączenia do akcji 161. dywizjonu specjalnego przeznaczenia "Syrena" przeprowadziła poważne prace, mające na celu zwiększenia tzw. pojemności odbioru. Zakładano, że każdego miesiąca odbędą się 24 zrzuty w "tercecie" oraz 12 w noce ciemne. Zmienione zostały kryptonimy wszystkich placówek i uruchomiono dużą ilość nowych, w tym po raz pierwszy "bastiony" mogące przyjąć na raz zrzuty z kilku samolotów. Automatycznie każdej placówce przypisano placówkę zapasową, na którą kierował się samolot, gdy nie natrafił na główną. Wydzielono oddzielne placówki dla skoczków i oddzielne dla zrzutów materiałowych, nie potrzebujących punktów kontaktowych. Przez cały "tercet" działały zapasowe rejony zrzutów dla spadochroniarzy, wytyczone na trasach powrotnych do Wielkiej Brytanii. W związku z przygotowaniami do
zapowiedzianych zrzutów z kierunku południowego, w Krakowie i Lwowie zorganizowano dodatkowe placówki meteorologiczne.
Z powodu olbrzymiej liczby placówek uruchomionych w "Ripoście" uniemożliwiających sprane nimi kierowanie powołano stanowisko referentów odbioru zrzutów lub inaczej oficerów zrzutowych w obszarach, okręgach i podokręgach, którym udzielano coraz szerszej autonomii. Przydało się to w okresie Powstania Warszawskiego i zaraz po nim, gdy łączność KG z terenem została na pewien czas przerwana.
W ostatnim okresie, gdy plany czuwania napływały do Głównej Bazy Przerzutowej we Włoszech indywidualnie z poszczególnych okręgów i podokręgów, zmuszona została do przejęcia funkcji referatu operacyjnego "Syreny", narzucając wszystkim określone dni czuwania, radiowy sygnał wywoławczy, znak świetlny, litery rozpoznawcze oraz hasła dla skoczków.
W ciągu czterech lat od 1941 do 1942 r. organizacja placówki odbiorczej przeszła znaczne zmiany. Szczególną ewolucję przeszedł system sygnalizacji świetlnej z samolotem. Znaczną rolę odegrały tutaj względy bezpieczeństwa. Komunikację rozpoczynał samolot, dopiero po jego sygnale placówka odpowiadała. Następnie wprowadzono nowe układy świateł, które okresowo zmieniano. W razie niebezpieczeństwa sygnalizowano to czerwonymi latarkami, wtedy samolot mógł udać się na zapasową placówkę lub zapasowy rejon zrzutu. Zrezygnowano z niepraktycznego dudnienia silników. W ostatnim okresie dla ułatwienia odnalezienia placówki, w pewnej odległości od niej i w określonym układzie rozpalano ognisko.
Aby zrzut odbył się pomyślnie, trzeba było zapewnić placówce łączność radiową. "Syrena" dostarczała przede wszystkim odbiornik radiowy. Odbiornik był niezbędny do wysłuchania melodii sygnałowych, awizujących zrzut. Niemcy już na początku okupacji zarekwirowali odbiorniki, a posiadanie ich karano śmiercią lub obozem. Ukrywane aparaty radiowe zdarzały się bardzo rzadko. Starano się stosować tzw. "S-fony" czyli radiotelefony służące do porozumiewania się z samolotem. Było ich jednak bardzo mało, ok. 30 sztuk i często nie trafiały na placówki, na których odbywał się zrzut. Drugim pomocniczym urządzeniem była "Eureka", będąca nadajnikiem fal ultra krótkich, uruchamianym impulsem z samolotu i pomagającym naprowadzić go na siebie z odległości 60 km, z dokładnością do 200 m. Samolot posiadał na pokładzie drugą część urządzenia, czyli "Rebekę"- odbiornik z ekranem, na którym pilot śledził wychylenia impulsu i naprowadzał samolot na cel.
One również nie znalazły zastosowania. Nadal korzystano z obserwacji wzrokowej.
Dla powodzenia zrzutów ogromne znaczenie miał wysiłek radiotelegrafistów. "Syrena" bez łączności z Londynem, a następnie z bazą włoską, nie miałaby po co istnieć. Batalion radiołączności KG AK miał pełne ręce roboty. Wysyłali tzw. metki, czyli komunikaty meteorologiczne, namiary placówek, informację o rozmieszczeniu i sile obrony plotniczej oraz najważniejsze komunikaty oznaczone literami "KKP/S". Zawsze starano się mieć, jak najdokładniejsze i najświeższe dane, co znacznie zwiększało bezpieczeństwo.
W skład kierownictwa "Syreny" został powołany prokurator wojskowy. Nie była to przesada ani pomyłka, w grę wchodził ogromny majątek państwowy i wojskowy. Każdej zrzutowej nocy spływało na placówki uzbrojenie, będące łakomym kąskiem dla konspiracji. Jeżeli zawieruszyła się drobna część uzbrojenia, robiono awantury, pisano protokoły, lecz patrzono na to raczej przez palce. Gorzej jednak gdy zaginęły pieniądze, co niestety również się zdarzało m.in. na "Polu", "Trawie", "Kopycie", "Solnicy" i na "Kozie". Czasem był to okoliczny mieszkaniec, nieuczciwy żołnierz placówki, nieraz oficer "Syreny". Werdykt dla sprawcy zawsze był taki sam: kara śmierci. Na szczęście przypadków takich zdarzało się bardzo mało i bezrobotny prokurator był najbardziej czynnym kierownikiem ekip ewakuacyjnych w "Ewa-Mat".